Jak z „czerwonym kurem” dawniej walczono... Zaproszenie do Centralnego Muzeum Pożarnictwa

niedziela, 26 lipiec 2020 17:54
fot. ze zbiorów CMP w Mysłowicach fot. ze zbiorów CMP w Mysłowicach

Ilu ludzi potrzebnych było do obsługi „wozu” strażackiego z początków XVIII wieku? Lub jak prezentują się polskie mundury na tle ubiorów strażaków z USA, Anglii czy Brazylii? Położone w Mysłowicach Centralne Muzeum Pożarnictwa zaprasza w swoje progi. Wizyta w nim to świetna okazja, aby z bliska i bez emocji towarzyszących akcjom przyglądnąć się przeszłym oraz współczesnym kulisom pracy straży pożarnej. Okazja tym lepsza, że czas nadal mamy szczególny.

Obok mojego taty, pan Józek był naszym najbardziej ulubionym sąsiadem. My – paczka dorastających chłopaków z niewielkiej miejscowości gdzieś między Jasłem a Pilznem – lubiliśmy tatę, bo najpierw dowodził urządzaniem boiska, a potem chętnie grał z nami w nogę. A graliśmy w nią non stop. Kończyliśmy jeden mecz, łapaliśmy oddech i już zaczynaliśmy rewanż. W czasach, gdy w telewizji były tylko dwa kanały, a na całe osiedle przypadał jeden komputer Commodore 64, niewiele więcej było do roboty. Dlatego, gdy na osiedle przyjeżdżał pan Józek, mieliśmy prawdziwe święto. Bo jak tu zachować chłodną głowę, kiedy na wąskiej drodze pojawia się wielki czerwony wóz strażacki ze srebrzącą się na szczycie armatką? W sekundzie zapominaliśmy o wyniku meczu, piłka toczyła się niekontrolowana, a my otaczaliśmy czym prędzej zjawiskowego stara. O ile pamiętam, pan Józek, szef i kierowca miejscowej OSP, czasami uruchamiał armatkę, a nawet zabierał nas turami na krótką przejażdżkę dookoła osiedla. Ależ to było fascynujące uczucie! Nigdy nie przypuszczałbym, że dobrych 25 lat później jeszcze raz go doświadczę.

Gdyby pan Józek zajechał takim magirusem…
Do Centralnego Muzeum Pożarnictwa w Mysłowicach wybrałem się zawodowo. Poszukiwałem informacji o wielkim pożarze lasów w okolicach Kuźni Raciborskiej. Okazało się, że oprócz ogromnego pudła dokumentów, po akcji „Rudy” zachowały się nawet rekwizyty. Zanim wszystko to sobie dokładnie obejrzałem, na dużym i pełnym zieleni dziedzińcu przed muzeum z daleka rzuciły mi się w oczy czerwone wozy strażackie. Pojazdy, które zaparkowały na stałe przed obiektem, to zabytki, nawet jeśli nie formalnie, to na pewno w praktyce. Odnalazłem wśród nich także stara łudząco podobnego do tamtego, którego pamiętałem z dzieciństwa. Przez chwilę znowu stałem się dzieckiem, widziałem nawet szeroko uśmiechniętą twarz pana Józka, który wchodzi na dach, chwyta za działko i popisowo wyrzuca z niego strumień wody na wielką odległość. Rzucając zaś okiem na stojącego nieopodal magirusa, pomyślałem sobie, że gdyby dziarski sąsiad zajechał wtedy na osiedle takim wozem, to już w ogóle oszalelibyśmy ze szczęścia.

Sikawka gotowa do akcji po 10 minutach
Nie będę ukrywał, że wozy strażackie to mój absolutny faworyt w mysłowickim Muzeum Pożarnictwa. Przygoda z nimi nie kończy się na szczęście wraz z przekroczeniem progu obiektu. W środku aut jest o wiele więcej. Ba! Dopiero tutaj zachowały się prawdziwe perełki – samochody mające nawet blisko wiek! Okazuje się, że w okresie międzywojennym nazywano je uroczo „autopogotowiem ogniowym”. Jeszcze bardziej słodko brzmi nazwa „sikawka”, co z reguły oznaczało wóz konny z mechanizmem umożliwiającym podanie wody pod ciśnieniem. Do obsługi najstarszej z nich – z 1717 roku – potrzebnych było aż 20 osób. 40 dodatkowych ludzi biegało tam i z powrotem, nalewając wiadrami wodę do 800-litrowego zbiornika. Czyli pięć tuzinów strażaków, żeby obsłużyć jedną sikawkę, która, jak czytam, w tamtym okresie uchodziła za szczyt techniki!

Obok sikawki barokowej stoi sikawka parowa zakupiona w 1894 roku od producenta z Lipska przez OSP w Bielsku-Białej. Na szczycie wozu niczym pochodnie błyszczą się miedziane elementy kotła. Czytam podpis: „Ogień w kotle rozpalano w momencie ogłoszenia alarmu. Po 10 minutach uzyskiwano wystarczające ciśnienie pary do uruchomienia pompy (…). Wydajność pompy wynosiła 600 l/min. W ten sposób sikawka parowa zastępowała trzy sikawki ręczne, które obsługiwało 90 osób załogi”. - Czyli, żeby ugasić ogień, wcześniej trzeba było rozpalić inny – rozmyślam.

Na tyle blisko i na tyle ciekawie
Na dwóch poziomach Centralnego Muzeum Pożarnictwa podobnych ciekawostek jest oczywiście znacznie więcej. Drobniejszy sprzęt wykorzystywany na przestrzeni dziesięcioleci w akcjach, hełmy i umundurowanie z wielu okresów i krajów, sztandary i odznaczenia, a do kompletu materiały poświęcone organizacji współczesnej straży pożarnej oraz robiące wrażenie fotorelacje z największych akcji ostatnich lat – naprawdę sporo tu eksponatów. I jestem pewien, że wcale nie trzeba przechowywać w zakamarkach pamięci wspomnień o wozie strażackim zajeżdżającym na podwórko, ani samemu być strażakiem, żeby z ochotą zwiedzić wystawę. To po prostu na tyle blisko i na tyle ciekawie, że warto się tam wybrać. Zwłaszcza w te szczególne wakacje, gdy z wiadomych przyczyn mamy szansę nieco lepiej poznać własny kraj i jego historię. Także dzieje walki z „czerwonym kurem”.

Godziny otwarcia, ceny biletów, opis ekspozycji oraz innych atrakcji organizowanych przez Centralne Muzeum Pożarnictwa w Mysłowicach znajdziecie na stronie: www.cmp-muzeum.pl 

red. Dawid Iwaniec
fot. zbiory CMP w Mysłowicach