22 stycznia 1995 roku drużyna hokeistów STS Autosan Sanok wracała do domu po meczu wyjazdowym w Sosnowcu, gdzie odniosła przekonujące zwycięstwo 6:1 nad SMS Orlęta. Bohaterem spotkania był Piotr Milan, jeden z czołowych zawodników zespołu, który zdobył swoją ostatnią bramkę. Kilka godzin później życie jego oraz dwojga innych pasażerów tragicznie się zakończyło. To, co miało być rutynowym powrotem do domu, zamieniło się w jeden z najtragiczniejszych momentów w historii polskiego sportu.
Powrót w ekstremalnych warunkach
Podróż powrotna rozpoczęła się wieczorem. W autobusie znajdowało się 30 osób: zawodnicy, trenerzy, lekarz zespołu, kilka zaprzyjaźnionych osób, dziewczyna jednego z hokeistów oraz sympatyk drużyny, który dołączył w Krakowie. Warunki pogodowe były ekstremalne – porywisty wiatr, oblodzona nawierzchnia i niska temperatura znacznie utrudniały jazdę. Mimo to podróż przebiegała spokojnie, a zawodnicy odpoczywali po meczu.
W Przebieczanach, niedaleko Wieliczki, autobus zatrzymał się na posiłek. Nic nie wskazywało na to, że kilka godzin później dojdzie do tragedii.
Katastrofa na trasie Krosno - Sanok
Około godziny 2:00 w nocy, 22 kilometry od Sanoka, w rejonie Gniewoszówki (gm. Rymanów), doszło do dramatycznych wydarzeń. Nasilający się wiatr sprawiał, że kierowca miał coraz większe trudności z utrzymaniem autobusu na drodze. W pewnym momencie silny boczny podmuch sprawił, że pojazd zaczął tracić przyczepność, a chwilę później kolejny podmuch zepchnął go ze skarpy.
Autobus dachował i zatrzymał się na stromym zboczu. Wewnątrz pojazdu wybuchła panika. Czworo pasażerów zostało wyrzuconych na zewnątrz: Piotr Milan, Tomasz Jękner, Izabela Suska i Tomasz Och. Dla trójki z nich upadek był śmiertelny. Jedynie Jękner przeżył, ale z poważnymi obrażeniami.
Wnętrze autobusu było zniszczone, a rannych pasażerów otaczała ciemność, krzyki i chaos. Mimo trudnych warunków ci, którzy byli w stanie się poruszać, natychmiast przystąpili do ratowania współtowarzyszy podróży.
Bohaterska akcja ratunkowa
Pierwszy alarm podniósł kierowca samochodu jadącego za autobusem. Po chwili na miejsce dotarły służby ratunkowe z Krosna, które musiały zmagać się z wichurą i lodem.
- Pamiętam, że wysiadając z auta, na oblodzonej jezdni i przez bardzo silne porywy wiatru nie mogłem ustać na nogach. Pod autobusem znajdowały się ciała ofiar, a nie mieliśmy wówczas odpowiedniego sprzętu, aby podnieść pojazd do góry. Dlatego na miejsce musieliśmy ściągnąć dwa ciężkie dźwigi z Rafinerii Jedlicze i WSK Krosno - mówi mł. bryg. w st. spocz. Witold Mossor, który brał udział w akcji ratunkowej jako strażak ówczesnej Komendy Rejonowej PSP w Krośnie.
Akcja trwała do rana, a ostateczny bilans był tragiczny – wszyscy pasażerowie doznali obrażeń, a ośmiu trafiło do szpitala w Krośnie.

.png)
fot. Google Maps
Sanok pogrążony w żałobie
Wieść o tragedii szybko rozeszła się po Sanoku. Kibice gromadzili się pod lodowiskiem Torsan, zapalali znicze i oddawali hołd ofiarom. Klub hokejowy STS Autosan Sanok zawiesił rozgrywki, a z całej Polski napływały kondolencje.
25 stycznia 1995 roku odbył się pogrzeb Piotra Milana. W ceremonii uczestniczyły tłumy mieszkańców i kibiców, a na trumnie spoczęła koszulka z numerem "7", który został zastrzeżony w sanockiej drużynie. Kolejne dni przyniosły pożegnanie Izabeli Suski i Tomasza Ocha.

Pamięć, która nie gaśnie
Dziś, po 30 latach, Sanok wciąż pamięta o tej tragedii. Piotr Milan został upamiętniony w sanockiej Arenie, a co roku organizowane są memoriały na jego cześć. "Piotr wciąż gra" – mówią kibice, dla których pozostaje symbolem pasji i oddania sportowi.
Numer "7" nigdy nie wrócił na lód, ale legenda Piotra Milana pozostaje żywa w sercach mieszkańców Sanoka.

Zdjęcia: archiwum Korso sanockie